1. Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji związanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania treści wyświetlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk oglądalności czy efektywności publikowanych reklam.Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłączenia cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dowiedz się więcej.

Z „kamerą” w City Interactive

Temat na forum 'Aktualności' rozpoczęty przez garibaldi, Maj 24, 2011.

  1. garibaldi

    garibaldi Użytkownik Użytkownik

    Dołączył:
    Maj 5, 2009
    Posty:
    200
    Polubienia:
    0
    Punkty za osiągnięcia:
    16
    Operation Flashpoint: Red River – recenzja

    Powiadają, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Postanowiłem jednak zadać kłam temu stwierdzeniu, odpalając na swojej konsoli nową część Operation Flashpoint. Już od samego początku miałem bardzo mieszane uczucia odnośnie tego tytułu, jednak postanowiłem być profesjonalistą i nie zważając na moje niezbyt miłe wspomnienia z wcześniejszej odsłony, Red River ocenić możliwie najbardziej obiektywnie.

    „Semper Fidelis”

    Historia przedstawiona w RR przenosi gracza w niedaleką przyszłość na teren Tadżykistanu. Spokojne do tej pory państwo w Azji Mniejszej zaczynają nękać konflikty wewnętrzne, co doprowadza w konsekwencji do wybuchy wojny domowej. Wewnątrzpaństwowe utarczki są doskonałym „pokarmem” dla szerzących się jak szarańcza na terenie kraju grup terrorystycznych, które mogą zagrozić Zachodowi. Jak w większości takich przypadków do akcji wkraczają dzielni amerykańscy chłopcy, których zadaniem jest eliminacja wszelakiego zagrożenia i stłumienie konfliktu domowego. Głównym bohaterem całej historii jest sierżant Knox – doświadczony wojak, który otrzymał pod swoje skrzydła czteroosobową drużynę kompletnych żółtodziobów. Jak na prawdziwego amerykańskiego zaprawionego w bojach żołnierza przystało przez prawie całą kampanię dość partykularnie wyraża on swoją dezaprobatę w stosunku do „świeżaków”. Uwierzcie na słowo, że zasób słownictwa Knoxa jest na tyle bogaty, że nawet barmanowi w barze portowym zwiędłyby uszy. Na nieszczęście pozostała czwórka żołnierzy jest typowym mięsem armatnim, które przez całą grę wydusza z siebie może dwa zdania. Ten niewielki, ale zabójczy oddział zmierzy się z dziesięcioma „zróżnicowanymi” misjami w malowniczych zakątkach tadżykistańskiego pustkowia. Podziwianie „widoków” oraz szeroko pojęta eksterminacja wroga, zajmuje około 5-6 godzin, co niestety jest ilością śmiesznie małą.

    „Aby uniknąć tego, co silne, trzeba uderzać w to, co słabe.” – Sun Tzu

    Codemasters już od momentu pierwszych wzmianek o Red River, karmiło graczy zapewnieniami, że gra wniesie do serii sporą dawkę ożywczej energii, a to co było słabe w Dragon Rising zostanie całkowicie wyeliminowane. W tym aspekcie można śmiało powiedzieć, że obietnice zostały spełnione. Ktokolwiek miał do czynienia wcześniej z DR po odpaleniu Red River momentalnie zauważy duże i znaczące zmiany. Jedną z najważniejszych z nich jest system rozwoju postaci. Wraz z postępami w fabule odblokowujemy nowe uzbrojenie czy militarne dodatki, bez których współczesny żołnierz obejść się nie może. Przed każdą misją istnieje możliwość wyposażenia każdego z członków naszego oddziału w dowolny (odblokowany) sprzęt, dzięki czemu późniejsza walka staje się bardzo taktyczna. Odpowiedni dobór broni będzie miał niemałe znaczenie na polu walki. Najbardziej będzie to widoczne podczas zabawy z SI. Wspomniany powyżej system rozwoju „postaci” i odblokowania wyposażenia jest świetnym pomysłem, jednak posiada znaczącą wadę – całkowicie odbiera grze „realizm”, którym to Codemasters reklamowało tytuł. Dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których amerykański żołnierz nie ma na wyposażeniu granatów czy ciężkiego uzbrojenia, bo jeszcze brakuje „punktów doświadczenia”. Momentami potrafi to doprowadzić do szewskiej pasji, szczególnie w momentach, w których wspomniany sprzęt przydałby się najbardziej.

    Na plus zmian można zaliczyć również same misje. Zadania są bardzo zróżnicowane i wymagają za każdym razem odmiennej taktyki. Patrole, osłanianie konwojów, atakowanie umocnień, przeszukiwanie „instalacji skalnych”, akcje typu „odnajdź i uratuj”, są żywcem wyjęte z współczesnych działań militarnych. Wyraźnie widać, że przy projektowaniu poszczególnych zdań ważny głos należał do ludzi, którzy mają blade pojęcie o działaniach militarnych.

    „ Idąc ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo sam jestem największym skurw.. w tej dolinie!”

    Wszyscy miłośnicy akcji typu: „huraaa i do przodu”, od razu mogą skreślić Red River z listy swoich zakupów. Tutaj nawet chwilowe wystawienie się na cel kończy się śmiercią. Do dyspozycji graczy podobnie jak w poprzedniej części, zostało oddane kilka poziomów trudności. Wielu może zwieźć nazwa „Easy” – wprawdzie żołdacy są odrobinę bardziej odporni na kule, widzicie dokładnie wyznaczoną ścieżkę, po której najlepiej się poruszać oraz przeciwnik mniej „kombinuje”, jednak nadal gra stawia pewne wyzwania. Bez dobrego zaplanowania akcji i umiejętnego krycia się za przeszkodami daleko nie zajdziecie. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak na najwyższym dostępnym poziomie trudności. Z ekranu znikają wszystkie ułatwienia od pasku zdrowia po stan amunicji, kończąc na wyznaczonej drodze poruszania. Każda lecąca kula okazuje się zabójcza a przeciwnik stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych graczy. Śmiem jednak stwierdzić, że w porównaniu z DR tutaj poziom „Hardcore” jest odrobinę łatwiejszy.

    Cała seria Operation Flashpoint zdecydowanie jest przeznaczona dla graczy, którzy liczą na szybką i przyjemną zabawę. Gatunek „taktyczny shooter” zobowiązuje i tym razem naprawdę można śmiało powiedzieć, że taktyki jest tutaj dostatek. Obserwowanie pola walki, analizowanie ruchów przeciwnika (SI tutaj wyprawia prawdziwe cuda), podejmowanie kluczowych decyzji w ułamkach sekund, gdzie każdy strzał może kazać się śmiertelny – jest tutaj na porządku dziennym. Ścisła współpraca z innymi jednostkami (Alpha i Charcie) stertowanymi przez sztuczną inteligencję w wielu zleconych zadaniach (szczególnie na najwyższym poziomie trudności) jest jedyną drogą do sukcesu. Brak szybkiej reakcji na polecenia, które słyszy się w głośnikach może doprowadzić do oflankowania Was przez wroga lub znalezienia się samemu pośród przeważających sił. Typowo wojskowy „żargon” dla nieobeznanych może okazać się czarną magią i bez wizualnego pokazania co należy zrobić (poziom „Easy”) domyślenie się, że np. celem w kwadracie czwartym jest budynek, w którym kryje się snajper, jest praktycznie niemożliwe.

    Dla chcących spróbować swoich sił poza standardową kampanią, Codemasters przygotowało tryb „fireteam engagement”. Są to nic innego jak punktowane zadania znane z kampanii, dzięki którym możemy znaleźć się na wirtualnych tablicach wyników. Jest to zarazem jedyny z dostępnych trybów multiplayer w tej grze (nie licząc samego co-op).

    „Nigdy nie jest tak pięknie, jakby mogło być”

    Niechlubna historia konsolowej wersji OF niestety powtarza się i tym razem. Deweloper dostarczył na rynek produkt pełen dziur i niedoróbek. Co prawda większość naprawdę rażących błędów z Dragon Rising została wyeliminowana, jednak na ich miejsce pojawiły się nowe, jeszcze bardziej irytujące. Warto zacząć od bezsensownego zachowania członków drużyny sierżanta Knoxa. Jeżeli przeciwnik zachowuje się naprawdę nieźle, to co wyprawiają Wasi kompani woła o pomstę do nieba. Stoją czekając spokojnie na kulkę, nie potrafią schować się za przeszkodą; ich celność maleje proporcjonalnie do wybranego stopnia trudności (na najwyższym poziomie nie potrafią zabić nikogo!). Zdarzają się przypadki, gdy stojący za Wami „kretyn” postanawia nagle władować Wam kulkę w plecy. Jednak szczytem wszystkiego był moment, gdy będąc pod silnym ostrzałem wroga wydałem im rozkaz ataku, a Ci zamiast przeprowadzić szarżę, zaczęli wycofywać się, zostawiając resztę załogi na pewną śmierć. Kompletny debilizm towarzyszy broni idzie łatwo wyeliminować grając z przyjaciółmi, chociaż tutaj również zdarzają się ciekawe sytuacje. Być może jest to sytuacja odosobniona, ale warta opisania – podczas gry ze znajomymi, w chwili uleczania mnie przez partnera, nagle znalazłem się pod mapą !?

    Chamskie „oskryptowanie” całego Red River również nie napawa optymizmem. Pomijam fakt, że kiedy nie pójdziecie przewidzianą przez autorów drogą to w 99.9% przypadków oberwiecie zabłąkaną kulą. Najbardziej jednak razi system respawnów, materializacja wroga dokładnie przed Wami to naprawdę pikuś. Najlepsza jest sytuacja, kiedy przeciwnik nagle pojawia się za Wami w miejscu, które przed chwilą oczyściliśmy z obecności oponentów. Dodając do tego kule, które potrafią zabijać za przeszkodami oraz prawie 100%-ową celność wroga pomimo tego, że my nie możemy go zabić, mogę śmiało powiedzieć, że Operation Flashpoint: Red River robi z nas głąbów na całej linii. I przez to ocena pikuje w dół z prędkością światła.

    Operation Flashpoint: Red River - recenzja
     
Wczytywanie...

Poleć forum